Funny Games czyli psychoza od Haneke

Funny Games (1997)
Funny Games (1997)

Nazywany przez krytyków jednym z najważniejszych europejskich reżyserów, mający na koncie 24 filmy, 28 wygranych nagród filmowych i 31 nominacji. Michael Haneke to reżyser filmu Funny Games, który ciężko zapomnieć. Ale nie wiem czy to dobrze czy źle.

Reżyser mimo tego, że dość brutalnie obchodzi się z widzem ma oddane grono fanów lubujących się w masochizmie wylewającym się z ekranu. Mówię to z perspektywy trzech filmów jakie miałem przyjemność zobaczyć – choć przyjemność to złe słowo. Oglądałem Białą Wstążkę z 2009 roku, Miłość z 2012 i Funny Games z 1997 roku. Dokładnie w takiej kolejności oglądałem filmy i dziś chciałbym poświęcić najbliższe kilka zdań filmowi Funny Games.

Wspomnienie z dzieciństwa

Pamiętam, że jako dziecko prawie codziennie przechodziłem koło kina Muranów i z tego okresu pamiętam kilka plakatów filmowych. Czarny Kot Biały Kot, Zabawy z bronią i rzeczone właśnie Funny Games. I dzięki bogu jako dziecko tych filmów nie oglądałem. Jeśli miałbym jednak wybierać, który z tych filmów dziecku zrobiłby największą krzywdę bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że obraz Michaela Haneke skrzywiłby mi psychikę najbardziej. Jest to wspaniałe kino ale zdecydowanie nie dla dzieci. Ba nawet osoby dorosłe mogą mieć problem z wytrwaniem podczas tego filmu.

Funny Games (1997)
Funny Games (1997)
Funny Games to nie horror

Nie znajdziemy tu niespotykanie drastycznych scen. To raczej dreszczowiec ale wykonany z największą starannością, tak że każdy cios spadający na głównych bohaterów jest niszczący. To nie krew wylewająca się z ekranu obciąża widza, zresztą krwi w filmie nie ma zbyt wiele.

Film opowiada o rodzinie wybierającej się na urlop nad jezioro. Zaczynamy kadrem bardzo podobnym do Lśnienia Kubricka, widzimy z daleka samochód który jedzie do głównego miejsca akcji w filmie. Później przeskakujemy do kabiny, kamera podgląda rodzinę która słucha muzyki poważnej i bawi się zgadując kompozytora. Kadr trwa dalej, na ekranie pojawiają się napisy początkowe i w tym momencie, cały czas z rodziną zasłuchaną w kolejne takty muzyki poważnej zostajemy ogłuszeni agresywną muzyką, którą mogę chyba określić jako eksperymentalną i post-punkową. Tak dokładnie wyglądają pierwsze minuty filmu, które zapowiadają że nie mamy do czynienia z typowym filmem.

Co dalej?

Rodzina która dociera do jeziora i swojego domku spotyka swoich znajomych z dwójką młodych mężczyzn, ci niedługo przychodzą w odwiedziny a ich pobyt u Anny i Georga zostaje radykalnie przedłużony.

To co później się dzieje, sprawia że widz podświadomie czeka na pewien fabularny twist który ma odmienić film i dać fabularne rozwiązanie problemu. Jednak zamiast twistu otrzymujemy faktyczny obrót spraw – tylko niestety bez pożądanego efektu, a twist zamienia się w skręcenie karku. Oglądając film będziemy zmuszeni oglądać sadyzm psychiczny. Pokazując film przeciętnemu kinomaniakowi wychowanemu na hollywoodzie sami okażemy się sadystycznymi psychopatami, którzy celowo podają film z którego nic nie wynika. A przynajmniej tak najprawdopodobniej będzie myślała nasza ofiara.

Sama psychoza i zmęczenie widza to jedno ale po dłuższym zastanowieniu zwracam uwagę jeszcze na inny aspekt. Filmowej rodzinie na ekranie można współczuć, można irytować się na to jak nieudolnie sobie radzą i ciężko mieć pretensje do tego, że nie są przygotowani na atak. To co jednak zwraca uwagę, to to że mamy do czynienia z wyższą klasą średnią. Osobami zamożnymi, które wcześniej żyły w swojej bańce dobrobytu będąc święcie przekonanymi o swojej nietykalności.

Ta bańka dobrobytu z poczuciem bezpieczeństwa pęka i sprawia, że zastanawiam się na ile nienawiść do bogatych jest ugruntowana w filmie i na ile chodzi reżyserowi o walkę klas.

Czy warto zobaczyć film? Warto. Chociażby po to, żeby sprawdzić tego docenianego reżysera. Ale nie sądzę, by każdy po filmie był zdowolny – sam jak po każdym filmie Haneke mam odczucia ambiwalentne. Jedno jest pewne Funny Games to film niepokojący.

Funny Games czyli psychoza od Haneke – podcast. RSS podcastu.

Kultura internetu czyli śmieszne obrazki

W filmie „Widmo wolności” z 1974 roku są takie dwie scenki. Rodzice odkrywają, że opiekunka nie dopilnowała w parku ich dziecka i jakiś zboczeniec dał (temu dziecku) obsceniczne zdjęcia. Trwa dyskusja o odpowiedzialności, głowa rodziny nie może uwierzyć w to co widziała jej pociecha. Oko widza dzięki kamerze zbliża się aby w końcu zobaczyć co dał dziecku zboczeniec, na zdjęciach widzimy zabytki architektury. Scenka druga bohaterowie udają się w ustronne miejsce aby spożywać ponieważ jedzenie jest czynnością wstydliwą. Gdy kończą konsumpcję oddają się wspólnemu wydalaniu.

Kadr z filmu Widmo wolności (1974). Czy tak wygląda kultura internetu?
Kadr z filmu Widmo wolności (1974). Czy tak wygląda kultura internetu?
Kultura internetu czyli wspólne wydalanie

W roku 2016 wizja Luisa Buñuela jest bliższa rzeczywistości bardziej niż mogłoby się zdawać. Internet który miał być ostatecznym wyzwolicielem kultury dla mas, upowszechnić mądrość i piękno został gniazdem pełnym jadu, złych emocji i animowanych obrazków emoji. Można rozmawiać o wrażliwości i pięknie ale w ukryciu, trzeba szukać ściśle moderowanych enklaw niedostępnych każdemu. Jeśli chcemy dostać wiadrem pomyj wystarczy wejść w pierwszy lepszy zakątek sieci. Tak wygląda właśnie kultura internetu.

Papryczka chili

Humor w internecie działa dokładnie tak jak ostra przyprawa która otępia smak. W internecie w końcu żartujemy ze wszystkiego a delikatniejsze odcienie humoru zwyczajnie przestają działać. I tak na śmietniku historii ląduje Kabaret Starszych Panów, Dudek czy Kabaret Elita. Bo jak tu słuchać wesołej piosenki o herbatce albo monologu kiedy obok jest wulgarno-śmieszny obrazek? Teraz, żeby kogoś rozbawić trzeba rzucić czymś tak ostrym by widz leżąc klepał się po udach a łzy spływały mu po policzku od ostrości żartu. Tracimy na tym oczywiście, całą moc odcieni. W końcu tak jak ostra papryka wypala nam kubełki smakowe tak i w tym wypadku stajemy się zwyczajnie mniej wrażliwi.

Kadr z filmu Holy Motors (2012). Tak wygląda kultura internetu?
Kadr z filmu Holy Motors (2012). Tak wygląda kultura internetu?
Filmy wyprzedzają rzeczywistość

Kolejny film i kolejne sceny, tym razem z wyjątkowego filmu Leosa Carax „Holy Motors”. Główny bohater przemierza Paryż limuzyną, jego praca to wcielanie się w różne postacie. I tak w jednej z pierwszych scen podjeżdża do cmentarza gdzie odbywa się sesja zdjęciowa, wychodzi z limuzyny w zielonej marynarce narzuconej na nagie ciało i grając wariata niszczy plan zdjęciowy i porywa modelkę. W jeszcze innej odgrywa rolę żebraczki a w kolejnej jest akoredeonistą w katedrze. Film opowiada o człowieku, który odgrywając różne nie pokazuje nigdy swojej prawdziwej tożsamości. Dokładnie tak jak robimy to w internecie.

W internecie tak jak w życiu realnym odgrywamy jakieś role. Biedny chce się poczuć panem świata? Wyzywa wszystkich komentatorów od biedaków, lub wrzuca na portal społecznościowy zdjęcie w drogim zegarku. To wykracza nawet poza przestrzeń sieci, mamy przecież prankerów, którzy są wykrzywionym i karłowatym odbiciem postaci z filmu.

Jest w tym jakiś fałsz, nie jestem pewien tylko czy winna jest kultura internetu i sam internet czy ludzka natura.

Kreatywność, zabij ją. Pułapka wymyślania.

Każdy może wpaść w pułapkę, nie każdy umie z niej wyjść. Ja próbuję odkąd zorientowałem się, że popełniam nadzwyczaj często jeden błąd. Muszę pilnować się z wymyślaniem i kreatywnością. Nauczyłem się niedawno, że gotowe rozwiązania są czasami są lepsze od tych wykonanych własnoręcznie i wymyślonych. O ile kreatywność jest doskonałą odskocznią o tyle czasami może stać się przekleństwem.

Uszyć plecak? Żaden problem!

Było tak gdy wymyśliłem sobie, że uszyję plecak. Uszyłem, korzyść jaką osiągnąłem to nauka obsługi maszyny i okropny niewymiarowy plecak. Koszt jaki poniosłem to siedemdziesiąt złotych, kilka wykrzywionych na maszynie igieł i masa straconego czasu. Czy było warto? No tylko jeśli potraktujemy to jako naukę i rozrywkę.

kreatywność nie popłaca, tak wygląda mój plecak
Tak wyglądał własnoręcznie uszyty plecak. Kreatywność w czystej formie.
Pasek do zegarka? Nic trudnego.

Było tak gdy wymyśliłem sobie, że uszyję pasek do zegarka. Uszyłem, był krzywy i obrzydliwy, straciłem przy nim jeszcze więcej czasu niż z plecakiem. Okazało się, że zrobienie dobrego wykroju i przeszycie go równo nitką nie jest takie proste bez specjalnej maszyny. Czy było warto? Absolutnie nie. Mogłem kupić pasek za dwadzieścia złotych i zapomnieć o temacie, zamiast tego poświęciłem kilka wieczorów na czytanie o technologii produkcji pasków i próbach jego stworzenia.

Ja kontra drzwi, historia prawdziwa.

Było tak gdy próbowałem udoskonalić sobie drzwi. Udoskonaliłem. Ale tu pozwolicie, że rozwinę trochę temat ponieważ sytuacja doskonale obrazuje jakim problemem była moja kreatywność i nieszablonowe podejście do praktycznie każdego tematu. Otóż moje stare drzwi były PRL-owską konstrukcją z dykty i papieru. Aby zaoszczędzić na materiałach jeszcze bardziej były nie tylko puste w środku ale również posiadały dziurę, w którą wsadzono szybkę z wzorkiem. Klasyczne drzwi z połowy lat 70. Konstrukcja miała pewne wady, z tych mniej oczywistych chociażby taką że szyba podczas pracy pralki wpadała w wibracje i bębniła. Z tych bardziej oczywistych absolutny brak prywatności.

W końcu czara goryczy przelała się, szyba poszła na śmietnik a ja udałem się do sklepu budowlanego. Wyposażony w plecówkę postanowiłem stworzyć ramę która będzie idealnie pasować w puste miejsce. Cały dzień poświęciłem na tworzenie wypełnienia drzwi. Udało się ale tylko częściowo, po włożeniu powstały milimetrowe szparki pomiędzy wypełnieniem a drzwiami. Niedoróbka wynikała z jakości PRL-owskich drzwi, które nie trzymały wymiarów. Uzupełniłem szpary szpachlą i pobiegłem do sklepu po farbę, żeby wszystko pomalować i cieszyć się pełnymi drzwiami. I wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że szpachla po jakimś czasie zaczęła wypadać a koszt zakupu farby i desek nie był mały. Obdrapane, z popękaną szpachlą, drzwi tkwiły szpecąc mieszkanie. Z letargu wyrwał mnie domownik. Udało się kupić nowe drzwi za sto złotych, też tekturowe ale estetyczne. Po tej długiej batalii, której efektem były drzwi nadające charakteru meliny odetchnąłem z ulgą. Czy było warto robić to wszystko? Oj nie.

Kreatywność to same porażki?

Nieudane projekty mogę wyliczać jeszcze długo. Jednak nie należy zapominać o tym co mi się udało. Jednym z drobniejszych ale bardziej przyjemnych był projekt zminimalizowanych kluczy, których używam po dziś dzień. Przerobiłem też sobie buty do biegania, co prawda w tym roku wyzionęły ducha ale dzielnie służyły długi czas.

Konkluzja jest bardziej niż oczywista, lecz musiałem do niej długo dojrzewać. Czasami zwyczajnie lepiej skorzystać z gotowych rozwiązań i nie wymyślać koła na nowo (czasami to słowo klucz!). Nawet jeśli jest to interesujące i ciekawe to zwyczajnie szkoda czasu.