blog

Apokalipsa 2012 przepowiednia Oriona

Moja szkoła podstawowa była naprawdę cudowna ale tym razem nie chodzi mi o Adriana i resztę towarzystwa. Budynek mojej podstawówki był najzwyczajniej w świecie położony w pięknym miejscu, duży park w centrum Warszawy. Żeby dojść do szkoły od najbliższego przystanku tramwajowego trzeba było przejść alejkami między intensywnie zielonymi kasztanowcami i obejść staw pełen kaczek.

Czterej jeźdźcy apokalipsy (śmierć, głód, wojna, zwycięzca) - Viktor Vasnetsov
Czterej jeźdźcy apokalipsy (śmierć, głód, wojna, zwycięzca) – Viktor Vasnetsov
Parkowy klub dyskusyjny

Zwykle przez park szło się z jakimiś kumplami i prowadziło intensywnie dyskusje. Tworzył się mały parkowy klub dyskusyjny przerywany na ganianie się między drzewami czy wskakiwanie na ślizgawkę. Niemniej rozmowy zapadły mi w pamięć chyba najbardziej, bardziej niż wygłupy. Rozmawialiśmy o wszystkim – o telefonach komórkowych pozwalających wysyłać smsy oraz proste czarno-białe grafiki, gadaliśmy o grach na PCta i komiksach. No i rzecz jasna wyśmiewaliśmy panią „baleron”, która zawsze nam kazała na WFie biegać wokół stawu. Taki byłem z kolegami około 2003 roku. Były to naprawdę cudowne czasy gdy mogliśmy bez obaw i beztrosko zajmować się bzdurami. No i wracać przez park.

Żwirowe alejki widziały wszystko

Mam wrażenie, że te żwirowe alejki widziały wszystko. Kłótnie najlepszych przyjaciół, pierwsze miłości, długie debaty i pojedynki na śnieżki. Tymi alejkami mijaliśmy groźnych żuli śpiących na ławkach. Na tych alejkach podziwialiśmy w zachwycie konną policję. Tam działo się wszystko i wszystko było tysiąckroć ważniejsze od szkoły. Koniec końców nawet na tych alejkach pierwszy raz zostałem napadnięty przez jakichś wyrostków i na tych alejkach zostałem przed nimi obroniony przez starszą panią. Ale poza wygłupami i dyskusjami na błahe tematy czasami wracało się do domu samemu, bo trzeba było zostać po lekcjach w ramach kary. No i wracało się samotnie między starymi drzewami.

Dostałem książkę czyli apokalipsa 2012

Dostałem książkę od rodziców „Proroctwo Oriona na rok 2012”, była to chyba piąta klasa szkoły podstawowej. Pozycja w tonie poważnej książki naukowej, a przynajmniej tak się wydawało dziecku z podstawówki. Jeśli nie znacie tej książki to zapewne szaleństwo apokalipsy 2012 roku was ominęło, zresztą może i słusznie. W każdym razie książka przepowiadała ogromny kataklizm, opisywała co będzie się działo i dlaczego. Autor snuł wizję masowej zagłady całej ludzkości, opisywał co się będzie działo z naszymi ciałami i ciałami naszych najbliższych. Opisywał pękającą skorupę ziemi i rzucał pomysłem jak można to przetrwać. Cóż, był to rok 2000 bądź 2001 i wtedy to wszystko nie brzmiało tak absurdalnie jak teraz. Poza tym nie było wtedy nawet powszechnego dostępu do internetu. Co prawda rodzice kazali mi traktować wszystko z przymrużeniem oka, jak powieść akcji ale… cholera miałem 10 lat i książka mnie przekonała, kupiłem koncepcję.

Ciekawe kim będę

Po przeczytaniu miałem dosyć dziwne uczucie, z jednej strony nie przejmowałem się wszystkim zbytnio bo do rzeczonego końca świata dzieliło mnie jakieś 12 lat – więc z perspektywy 10 latka całe wieki które nigdy nie nastąpią. Z drugiej strony wtedy pierwszy raz zacząłem się poważnie zastanawiać co będzie z moją przyszłością i co odbierze mi apokalipsa. Tak więc spacerowałem parkiem wracając samemu ze szkoły, mijałem staw i byłem święcie przekonany, że w 2012 roku będę miał już samochód, mieszkanie, żonę a może nawet i dziecko.

Apokalipsa 2012 nie nastąpiła. Dziś często wracam do tego parku, spaceruję tak jak kiedyś alejami i odkrywam moją prywatną przepowiednię upadku. Mojego niespełnionego, dziecięcego proroctwa.