Świąteczny tramwaj czyli spotkanie po 10 latach

 

Był rok 2001 i powoli zbliżałem się do końca mojej podstawówki, w tym samym czasie na świecie panowało szaleństwo spowodowane premierą filmu Władca Pierścieni. Oraz zamachem na World Trade Center.

Tak jak i ja szaleństwu nie ulegał mój kolega z klasy

Adrian był chłopakiem, który nie pochodził z zamożnej rodziny – zresztą niewiele o niej mówił więc pozostawało to w sferze moich domysłów. Mówiąc szczerze i on i ja średnio pasowaliśmy do naszej szkoły pełnej potomstwa nuworyszy. To była szkoła dla dzieci kapitalizmu, które zajadały się cheetosami i grały na gameboyach color. Był nawet chłopak, który miał za chore wtedy pieniądze kamerkę do gameboya!

Tramwaj, zima, wigilia

Każdy wie jak wygląda hierarchia w szkole

Silny, pyskaty i wygadany zawsze będzie dominował nad spokojnym. Ta hierarchiczność stada obejmuje każdego, no może poza paroma wyjątkami. Adrian miał parę obsesji, które czyniły go niegroźnym klasowym wariatem wyjętym spod prawa. Interesował się radiem, którego słuchał non-stop po powrocie do domu ale jego prawdziwą pasją o której mógł opowiadać godzinami były tramwaje. Rozkład jazdy znał na pamięć, tabory były jego drugim domem a ja miałem wrażenie, że koleguje się z połową motorniczych w Warszawie. Mnie tramwaje nigdy nie interesowały ale była to dla mnie zawsze na tyle ciekawa postać, że z samej grzeczności słuchałem wszystkich ciekawostek jakie miał do powiedzenia.

Kontakt się urwał

Wszyscy zdaliśmy sprawdzian szóstoklasisty, wszyscy poszliśmy do najróżniejszych gimnazjów w Warszawie, wszystkie kontakty się urwały i zaginęłyby niechybnie powoli odchodząc z pamięci gdyby nie zaproszenie do znajomych w 2013 roku. Tak, ponad dziesięć lat później Adrian mnie znalazł na facebooku. Było to parę dni przed wigilią. Po paru neutralnych do bólu zdaniach, sztucznych uprzejmościach padła propozycja z jego strony „co robisz w pierwszy dzień świąt?”. Jak sami się zapewne domyślacie nic nie robiłem. Na rozwinięcie myśli nie trzeba było długo czekać. Dostałem zaproszenie, przejedziemy się tramwajem. Nie byłem do końca przekonany ale z braku lepszych planów zgodziłem się.

Tramwaj – miejsce spotkania

O umówionej godzinie wyszedłem na przystanek, czekałem na tramwaj nr. 24. Stojąc 10 minut na przystanku i marznąc tak bardzo, że słuchawki na stałe przykleiły mi się do uszu zagapiłem się i gdy w końcu tramwaj podjechał nawet tego nie zauważyłem. Z letargu wyrwał mnie dzwonek i otwarte drzwi do kabiny motorniczego.

„A więc marzenia się spełniają” – pomyślałem wchodząc do środka i przypomniałem sobie przebrzmiały hit Majki Jeżowskiej.