[opowiadanie] Dzieci z bloku

Zmrożony śnieg chrupał przy każdym stawianym kroku, kaptur opadał mi na oczy. Zawsze w kieszeniach naszytych na gruby wełniany płaszcz trzymałem jakieś drobne rzeczy – choćby zapalniczkę, starą śrubkę albo gumkę recepturkę. Gdy ręce wędrowały do wnętrza kieszeni płaszcza odnajdywał się tam jakiś drobiazg, obracałem nim namiętnie wprawiając zabawkę w taniec. Było w tym coś kojącego dla skołatanych nerwów, terapeutyczne miętoszenie w zmarzniętych rękach starej monety tak długo by poznać na pamięć kształt i istotę rzeczy trzymanej w dłoni.

W zimę mogłem pracować do późnego wieczora, wstawałem przed świtem i tłukłem się kaszlącym autobusem na drugą stronę miasta. W pracy, w cieple biurowca przez ogromną szybę raz na jakiś czas zerkałem na zasypaną śniegiem stolicę. Pracowałem na przedostatnim piętrze, poprawiałem arkusze kalkulacyjne i poruszałem się w świecie nieprzydatnych, nikomu niepotrzebnych tabelek. W skrócie zwiększałem wydajność molocha dla którego pracowałem. W końcu gdy wybiła godzina dwudziesta z odszedłem od swojego biurka, powiedziałem najserdeczniej jak tylko umiałem „do widzenia” wiecznie znudzonemu ochroniarzowi i zacząłem wracać do domu. W domu czekał na mnie tylko kot, nie musiałem więc się spieszyć. Tak jak dziś, raz na jakiś czas, urządzałem sobie przechadzkę i wracałem niespiesznie do mieszkania.

Podczas takich przechadzek zamieniałem się w obserwatora, być może dlatego że przez większość dnia poddany rygorowi pracy i dyscypliny posiadałem wewnętrzną potrzebę odreagowania. Lubiłem swoje miasto z perspektywy pieszego, lubiłem wchodzić w zaułki nieznane mi wcześniej i dowiadywać się czegoś nowego na temat tych zakamarków. Jednak to co w tym momencie najbardziej mnie fascynowało to obserwacja ludzi.

Zmrożony śnieg chrupał przy każdym stawianym kroku, kaptur opadał mi na oczy. Stróż pilnujący wjazdu na parking siedział w małej budce i ogrzewał się farelką, na stole leżał stary program telewizyjny służący za prowizoryczny obrus, jakaś młoda dziewczyna owinięta szalikiem stała przed szybą a jej oczy lśniły i świeciły się bardziej niż wystawa w którą się wpatrywała. Wszystko widziałem przechodząc obok, stawiając kolejne kroki przez małe zaspy na nieodśnieżonym chodniku. W końcu zbliżałem się do swojego osiedla, było już całkiem blisko a ja byłem już trochę zmarznięty. Na pobliskiej górce zjeżdżały dzieci na sankach, krzyki i śmiech przecinały ciszę. Tego wieczoru po ulicach poruszały się praktycznie tylko autobusy a chodniki były puste. Tego wieczoru poza grupką dzieci, która zdążyła już zjechać ostatni raz i uciec do domu, nie widziałem prawie ludzi. Żadnych par, małżeństw czy staruszków – miałem jedynie samotnych spacerowiczów. Na początku wydawało mi się, że są to być moi sąsiedzi albo dawno nie widziani znajomi bo gdy mijałem ich na ulicy na ich twarzach pojawiał się mały uśmiech. Kiwali głową do mnie z jakiegoś powodu.

Nie mogłem rozszyfrować tego zimowego spaceru. Gdy w końcu spotkałem strażnika na swoim osiedlu. Ten uśmiechnął się i powiedział:
-Dzień dobry, dobrze pana widzieć. Może skoczy pan ze mną do kanciapy? Mam gorącą herbatę, napijemy się razem, w końcu jest wigilia.