[opowiadanie] Balerony

Nasz ośrodek rehabilitacyjny był położony w malowniczej okolicy, otaczający las i piękne jezioro syciło potrzebę piękna. Niestety to niedosyt był głównym uczuciem kuracjuszy. Przez brak żadnego sąsiedztwa w okolicy mieliśmy zagwarantowaną ciszę i spokój, z drugiej strony odcięcie od świata zewnętrznego było przekleństwem. Z terenu ośrodka nie mogliśmy wychodzić a brakowało nam dosłownie wszystkiego i potrzeby były ogromne.  Zaczynając od dostępu do gazet, telewizji czy radia a kończąc na zwykłym sklepie spożywczym. Byliśmy skazani na to co oferowało nam nasze odizolowane od świata uzdrowisko. Kontakt z ludźmi spoza zakładu nie był dozwolony ale i tak nie byliśmy na to narażeni.

Obudził mnie ból pleców spowodowany szpitalnym łóżkiem, które nie posiadało nawet centymetrowej gąbki. Spaliśmy na pościeli, która bezpośrednio znajdowała się na stalowych rurkach. Rurki były równo rozmieszczonych co kilka centymetrów, mówiąc wprost spaliśmy na stalowym stelażu łóżka. Skutkowało to tym, że każdy nawet najmniejszy kawałek ciała próbował się przecisnąć wolną przestrzenią między rurkami, uniemożliwiało to normalny sen.

Może to szokować ale w naszym zakładzie nikt nie liczył na szybką rekonwalescencję, duża część pacjentów była tu już po kilkadziesiąt lat i nie zanosiło się na zmiany. Jedyną dobrą stroną łóżek w naszym ośrodku były pobudki przyjmowane z ulgą przez wszystkich pacjentów. Nawet najbardziej zatwardziały leń wstawał o świcie z własnej woli mając na plecach odciśniętą tarkę równych pagórków. Poranny apel i śniadanie było zawsze najbardziej wyczekiwanym fragmentem dnia. Zwłaszcza śniadanie. Same pielęgniarki i opieka żartowała mówiąc pogardliwie o nas „balerony”. Faktycznie nasze plecy trochę tak wyglądały, brakowało tylko sznurka którym by obwiązano nasze plecy.

W szpitalu były jeszcze stare dębowe łóżka z grubymi materacami sprężynowymi, te jednak były zarezerwowane dla personelu. Łóżka dla elity. Na ten status i wygodne legowisko można było sobie zasłużyć wykonując różne prace na terenie ośrodka. Ponieważ na „zwykłym” łóżku nie dało się zasnąć a obolałe plecy doskwierały każdemu to zwykle po paru dniach pacjent decydował się na podjęcie jakiejś pracy. Wiązało się to też z większymi racjami żywnościowymi. Niestety rąbanie drewna czy przerzucanie węgla nie pomaga w odzyskaniu zdrowia, dlatego po kilku dniach pacjenci osłabieni nawrotem choroby rezygnowali z pracy i tym samym wracali do dobrze znanego twardego posłania. Cała sytuacja sprawiała, że wszyscy kuracjusze zmuszeni warunkami leżeli przez większość tygodnia na łóżku twardym by później zapracować na łóżko wygodne, to skutkowało po krótkim czasie gorszym stanem zdrowia i powrotem do łóżka twardego. Tak tworzyło się w naszym ośrodku błędne koło. Chocholi taniec przypominał codzienny korowód pacjentów trzymających swoje pożółkłe prześcieradła i niosący je z łóżek na łóżka.

Absurd całego systemu łóżkowego był jeszcze nieco bardziej skomplikowany. Otóż zawsze było więcej chętnych do pracy i wylegiwania się pod pierzyną niż wolnych miejsc dlatego wprowadzono komitet kolejkowy i specjalny organ, zajmujący się pilnowaniem czy na łóżkach znajdują się właściwe osoby. Do weryfikacji żywej zawartości łóżka podchodzono bardzo poważnie, gdyby się okazało że panuje anarchia kuracjusze z pewnością zaczęliby się buntować. Co prawda łatwo tłamsić protesty anemików o wykrzywionych kręgosłupach ale dyrekcja chciała uniknąć protestów w zakładzie.

Sprawdzanie kto pracował i na kiedy ma „przydział wypoczynkowy” zmusił personel do stworzenia specjalnych kart pracy i formularzy. Oczywiście karty pracy były weryfikowane przez pielęgniarki z opieki. Na podstawie kart można było się starać o okresowy przydział lepszego łóżka. Chwilę po wprowadzeniu całego systemu biurokratycznego pojawili się pierwsi fałszerze. „Afera materacowa” – tych słów użył dyrektor placówki w naszym radiowęźle i był to początek wielkich zmian jakie miały zajść w tym miejscu.