Kultura smutku

stanczykWydaje mi się, że posiadamy w naszym kręgu kulturowym pewne cechy bardziej skłaniające nas do depresyjnych i przybijających myśli niż chociażby Włosi, Hiszpanie czy mieszkańcy Ameryki Południowej. Większe i mniejsze stany przybicia zdarzają się każdemu ale myśląc o „prasłowiańskim smutku” w mojej głowie siedzi nasza kultura depresji i depresja w kulturze. A ta kultura smutku jak nic innego w naszym kraju jest bardzo bogata. Wystarczy spojrzeć jakie święta obchodzimy – to morderstwa katusze nieudane powstania. A kiedy ostatni raz świętowaliśmy zajęcie Moskwy przez Hetmana Żółkiewskiego? O właśnie.

Czy wynika to nastawienie z historii, która wiecznie kopie nas po kostkach i zsyła a to Krzyżaków a to Szwedów żeby wykończyć nas zaborami? Być może, w końcu Rosjanie też mają tak samo mocną kulturę depresji zapijaną wódką. A oni są przez historię jako naród przećwiczeni jak nikt inny. Ale nie zwalajmy wszystkiego na to co było, przynajmniej nie uznaję tego jako odpowiedzi na wszystkie problemy świata. Pisząc ten tekst mam na swojej karteczce więcej znaków zapytania niż zdań zakończonych kropką i daleki jestem od rzucania pewnymi stwierdzeniami. Tak czy inaczej wpływ historii należy uznać. To wszystko tworzy większą układankę i nasze zabory przemieszane z komuną są jej poważnym elementem tworzącym i konserwującym kulturową depresję.

Skąd więc nam się bierze ten melancholijny temperament?  Może to ciężkie powietrze albo deszczowy klimat co wcale nie jest głupim pomysłem -w końcu czym mniej słońca tym smutniej. Więc jeśli to przez te pagórki, łąki i lasy przesiąknięte jakąś nostalgią to jest nadzieja, w końcu klimat się ociepla i po Bałtyku nie suną już sanie. Piękna myśl – globalne ocieplenie walczy z depresją polek i polaków.

Ewentualnie wszystko nam się tak pod skórą gotuje. Nie widzę innych przyczyn ale to jeden z tych filozoficznych tematów na które jednoznacznej odpowiedzi nie znajdę. Może to wszystko tak Beksińskiemu się przypadkiem uroiło, Linke malował goryczą z nudów a Stańczyk Matejki tak naprawdę chwilę później wstał i wesołkowato zadzwonił dzwoneczkami na czapce.

Oczywiście każdy może użyć łomu na mojej teorii i wyważyć ją bez trudu – wystarczy poszukać muzyki organowej albo obrazka z smutnym Hawajczykiem. Niemniej mam nieodparte wrażenie, że najwięcej smutku to u nas. A jeśli nawet nie najwięcej to nasz smutek jest najwyższej jakości.