Kultura internetu czyli śmieszne obrazki

W filmie „Widmo wolności” z 1974 roku są takie dwie scenki. Rodzice odkrywają, że opiekunka nie dopilnowała w parku ich dziecka i jakiś zboczeniec dał (temu dziecku) obsceniczne zdjęcia. Trwa dyskusja o odpowiedzialności, głowa rodziny nie może uwierzyć w to co widziała jej pociecha. Oko widza dzięki kamerze zbliża się aby w końcu zobaczyć co dał dziecku zboczeniec, na zdjęciach widzimy zabytki architektury. Scenka druga bohaterowie udają się w ustronne miejsce aby spożywać ponieważ jedzenie jest czynnością wstydliwą. Gdy kończą konsumpcję oddają się wspólnemu wydalaniu.

Kadr z filmu Widmo wolności (1974). Czy tak wygląda kultura internetu?
Kadr z filmu Widmo wolności (1974). Czy tak wygląda kultura internetu?
Kultura internetu czyli wspólne wydalanie

W roku 2016 wizja Luisa Buñuela jest bliższa rzeczywistości bardziej niż mogłoby się zdawać. Internet który miał być ostatecznym wyzwolicielem kultury dla mas, upowszechnić mądrość i piękno został gniazdem pełnym jadu, złych emocji i animowanych obrazków emoji. Można rozmawiać o wrażliwości i pięknie ale w ukryciu, trzeba szukać ściśle moderowanych enklaw niedostępnych każdemu. Jeśli chcemy dostać wiadrem pomyj wystarczy wejść w pierwszy lepszy zakątek sieci. Tak wygląda właśnie kultura internetu.

Papryczka chili

Humor w internecie działa dokładnie tak jak ostra przyprawa która otępia smak. W internecie w końcu żartujemy ze wszystkiego a delikatniejsze odcienie humoru zwyczajnie przestają działać. I tak na śmietniku historii ląduje Kabaret Starszych Panów, Dudek czy Kabaret Elita. Bo jak tu słuchać wesołej piosenki o herbatce albo monologu kiedy obok jest wulgarno-śmieszny obrazek? Teraz, żeby kogoś rozbawić trzeba rzucić czymś tak ostrym by widz leżąc klepał się po udach a łzy spływały mu po policzku od ostrości żartu. Tracimy na tym oczywiście, całą moc odcieni. W końcu tak jak ostra papryka wypala nam kubełki smakowe tak i w tym wypadku stajemy się zwyczajnie mniej wrażliwi.

Kadr z filmu Holy Motors (2012). Tak wygląda kultura internetu?
Kadr z filmu Holy Motors (2012). Tak wygląda kultura internetu?
Filmy wyprzedzają rzeczywistość

Kolejny film i kolejne sceny, tym razem z wyjątkowego filmu Leosa Carax „Holy Motors”. Główny bohater przemierza Paryż limuzyną, jego praca to wcielanie się w różne postacie. I tak w jednej z pierwszych scen podjeżdża do cmentarza gdzie odbywa się sesja zdjęciowa, wychodzi z limuzyny w zielonej marynarce narzuconej na nagie ciało i grając wariata niszczy plan zdjęciowy i porywa modelkę. W jeszcze innej odgrywa rolę żebraczki a w kolejnej jest akoredeonistą w katedrze. Film opowiada o człowieku, który odgrywając różne nie pokazuje nigdy swojej prawdziwej tożsamości. Dokładnie tak jak robimy to w internecie.

W internecie tak jak w życiu realnym odgrywamy jakieś role. Biedny chce się poczuć panem świata? Wyzywa wszystkich komentatorów od biedaków, lub wrzuca na portal społecznościowy zdjęcie w drogim zegarku. To wykracza nawet poza przestrzeń sieci, mamy przecież prankerów, którzy są wykrzywionym i karłowatym odbiciem postaci z filmu.

Jest w tym jakiś fałsz, nie jestem pewien tylko czy winna jest kultura internetu i sam internet czy ludzka natura.

FacebookTwitterPocket

Kreatywność, zabij ją. Pułapka wymyślania.

Każdy może wpaść w pułapkę, nie każdy umie z niej wyjść. Ja próbuję odkąd zorientowałem się, że popełniam nadzwyczaj często jeden błąd. Muszę pilnować się z wymyślaniem i kreatywnością. Nauczyłem się niedawno, że gotowe rozwiązania są czasami są lepsze od tych wykonanych własnoręcznie i wymyślonych. O ile kreatywność jest doskonałą odskocznią o tyle czasami może stać się przekleństwem.

Uszyć plecak? Żaden problem!

Było tak gdy wymyśliłem sobie, że uszyję plecak. Uszyłem, korzyść jaką osiągnąłem to nauka obsługi maszyny i okropny niewymiarowy plecak. Koszt jaki poniosłem to siedemdziesiąt złotych, kilka wykrzywionych na maszynie igieł i masa straconego czasu. Czy było warto? No tylko jeśli potraktujemy to jako naukę i rozrywkę.

kreatywność nie popłaca, tak wygląda mój plecak
Tak wyglądał własnoręcznie uszyty plecak. Kreatywność w czystej formie.
Pasek do zegarka? Nic trudnego.

Było tak gdy wymyśliłem sobie, że uszyję pasek do zegarka. Uszyłem, był krzywy i obrzydliwy, straciłem przy nim jeszcze więcej czasu niż z plecakiem. Okazało się, że zrobienie dobrego wykroju i przeszycie go równo nitką nie jest takie proste bez specjalnej maszyny. Czy było warto? Absolutnie nie. Mogłem kupić pasek za dwadzieścia złotych i zapomnieć o temacie, zamiast tego poświęciłem kilka wieczorów na czytanie o technologii produkcji pasków i próbach jego stworzenia.

Ja kontra drzwi, historia prawdziwa.

Było tak gdy próbowałem udoskonalić sobie drzwi. Udoskonaliłem. Ale tu pozwolicie, że rozwinę trochę temat ponieważ sytuacja doskonale obrazuje jakim problemem była moja kreatywność i nieszablonowe podejście do praktycznie każdego tematu. Otóż moje stare drzwi były PRL-owską konstrukcją z dykty i papieru. Aby zaoszczędzić na materiałach jeszcze bardziej były nie tylko puste w środku ale również posiadały dziurę, w którą wsadzono szybkę z wzorkiem. Klasyczne drzwi z połowy lat 70. Konstrukcja miała pewne wady, z tych mniej oczywistych chociażby taką że szyba podczas pracy pralki wpadała w wibracje i bębniła. Z tych bardziej oczywistych absolutny brak prywatności.

W końcu czara goryczy przelała się, szyba poszła na śmietnik a ja udałem się do sklepu budowlanego. Wyposażony w plecówkę postanowiłem stworzyć ramę która będzie idealnie pasować w puste miejsce. Cały dzień poświęciłem na tworzenie wypełnienia drzwi. Udało się ale tylko częściowo, po włożeniu powstały milimetrowe szparki pomiędzy wypełnieniem a drzwiami. Niedoróbka wynikała z jakości PRL-owskich drzwi, które nie trzymały wymiarów. Uzupełniłem szpary szpachlą i pobiegłem do sklepu po farbę, żeby wszystko pomalować i cieszyć się pełnymi drzwiami. I wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że szpachla po jakimś czasie zaczęła wypadać a koszt zakupu farby i desek nie był mały. Obdrapane, z popękaną szpachlą, drzwi tkwiły szpecąc mieszkanie. Z letargu wyrwał mnie domownik. Udało się kupić nowe drzwi za sto złotych, też tekturowe ale estetyczne. Po tej długiej batalii, której efektem były drzwi nadające charakteru meliny odetchnąłem z ulgą. Czy było warto robić to wszystko? Oj nie.

Kreatywność to same porażki?

Nieudane projekty mogę wyliczać jeszcze długo. Jednak nie należy zapominać o tym co mi się udało. Jednym z drobniejszych ale bardziej przyjemnych był projekt zminimalizowanych kluczy, których używam po dziś dzień. Przerobiłem też sobie buty do biegania, co prawda w tym roku wyzionęły ducha ale dzielnie służyły długi czas.

Konkluzja jest bardziej niż oczywista, lecz musiałem do niej długo dojrzewać. Czasami zwyczajnie lepiej skorzystać z gotowych rozwiązań i nie wymyślać koła na nowo (czasami to słowo klucz!). Nawet jeśli jest to interesujące i ciekawe to zwyczajnie szkoda czasu.

FacebookTwitterPocket

Współczesny flaneryzm

Lubię włóczyć się po mieście, powoli mijać alejki, uliczki i parki. Wchodzić w zaułki. Taką postawę doskonale opisuje słowo flaneryzm oraz flaner z francuskiego włóczęga i spacerowicz. Flanerzy to subkultura z początków XIX wieku, przechadzali się po mieście i „kontemplowali miejskie życie”. Wikipedia jeszcze wspomina o tym, że kultura flanerów była utożsamiana z pewną bezcelowością, spontaniczną przygodą i wolnym czasem a wpływ tej subkultury na rzeczywistość obrodził bogatymi wystawami mających zachęcić spacerowiczów do wejścia do środka.

flaneryzm w malarstwie: Paris Street; Rainy Day - Gustave Caillebotte
Flaneryzm w malarstwie: Paris Street; Rainy Day – Gustave Caillebotte
A czy flaneryzm istnieje w XXI wieku?

Tak, choć już dawno nie możemy mówić o nich jako o subkulturze. Spacerowanie raczej kojarzy się z emerytami palącymi staromodną fajkę. Wszyscy pędzą i nie mają czasu na tak przyziemne rozrywki bo czymże jest spacerowanie kiedy możemy bawić się elektronicznymi zabawkami. Albo internetem. I takie posępne myśli pewnie by towarzyszyły mi na długich spacerach godnych pana po sześćdziesiątce gdyby nie to, że moje posępne myśli nagle się rozjaśniły a fermentacja dała piękny owoc w postaci opisania nowego zjawiska.

Otóż flanerzy istnieją i mają się dobrze…

…ale są to flanerzy nowego typu. Nie spotkamy ich w parku czy małej uliczce, uprawiających flaneryzm spotkamy w sieci. W tym złym internecie do którego mam trochę żalu i któremu poświęcę trochę uwagi w innym wpisie.

Włóczenie się po zakątkach internetu, odwiedzając zakamarki Wikipedii bądź odwiedzając stronę o sztuce przetrwania prowadzoną przez starszego pana, niegdyś wykładowcę jakiegoś uniwersytetu. Nowoczesny flaner błąka się godzinami po sieci nie szukając niczego konkretnego, może poza inspiracją.

Ja robię to tak.

I tak po obejrzeniu poruszającego filmu czytam recenzję na filmwebie, czasami rzucam okiem na komcionautów a gdy coś zrobi na mnie potężne wrażenie to sięgam do internetowej wyszukiwarki.

Tu mały wtręt, kto dziś jeszcze pisze „internetowa wyszukiwarka” co za anachronizm, tak jak emotikonki z myślnikiem między dwukropkiem a nawiasem zamykającym.

No więc sięgam do tej wyszukiwarki, wpisuję frazę „<tytuł filmu> blog” lub „<tytuł filmu> recenzja” i klikam obrazek lupki. Wylewa ocean. Tym wspanialszy im film bardziej niszowy, trafiam na recenzje i blogi pasjonatów. Odkrywam nowe interpretacje i chodzę po kolana w treści pięknej i ważnej. Nie zawsze się zgadzam ale zawsze jest to niezgoda z uśmiechem. Bo jeśli ktoś pisze bloga i recenzuje film irański sprzed 5 lat to musi być super człowiekiem.

Skaczę w ten ocean i wyławiam cenne treści, tak jak poławiacze pereł podejmuję ryzyko. I tylko mała część skoków owocuje jakimś skarbem, tekstem wartościowym i uczącym. Poszerzenie horyzontów myślowych, te same odczucia albo dobre intymne pióro opisujące emocje po tym przykładowym filmie. Gdy już taki tekst znajdę nie poprzestaję na tym, włóczę się po blogu i sprawdzam inne wpisy w końcu podejmując decyzję – będę go subskrybował, dodaję go do czytnika i chcę być powiadomiony o każdym kolejnym wpisie.

Spacer po opuszczonym muzeum.

Czasami jednak przychodzi rozczarowanie, „smutna-tkanka” przestała pisać o swoich emocjach a „życzliwy-dziobak” postanowił, że skończy z recenzjami. Co ich do tego skłoniło? Ostatni artykuł, wpis czy notka sprzed kilku lat. Znikają bez pożegnania, ich myśli leżą na dnie oceanu zapomniane. To jak wejście z palącą się pochodnią do opuszczonego dawno muzeum. Później pojawiają się pytania – co się z nimi stało i dlaczego porzucili swoją twórczość? Co skłoniło ich do porzucenia twórczości? I dlaczego odkrywam ich gdy są już odłączeni? Akurat w momencie gdy dotknąłem intymnych myśli, akurat w momencie gdy nie chciałbym tracić z nimi kontaktu tylko obserwować.

Oto nowy flaneryzm, zakładam więc apaszkę i melonik a następnie udaję się na przechadzkę. Do parku czy do sieci? Nie istotne.

FacebookTwitterPocket